sobota, 24 września 2016

Cytuję Virginię Woolf z jej „Esejów wybranych”


Virginia Woolf urodziła się 134 lata temu w Londynie. Nigdy nie chodziła do szkoły – razem z siostrą była uczona w domu przez rodziców, miała też nieograniczony dostęp do wielkiej biblioteki ojca. W wieku 22 lat rozpoczęła współpracę recenzencką z „The Guardian”. Twórczość pisarki zdobyła popularność dopiero w latach 60. XX wieku, gdyż wcześniej Virginia była traktowana jako autorka zbyt trudna. Czemu, swoją drogą, trudno racji nie przyznać. :)

„Eseje wybrane” – wybrane przez Romę Sendykę i Magdę Heydel – to takie esejo-opowieści, w których występują bohaterowie. Dłuższe i krótsze, rozgałęzione, dygresyjne, oparte na skojarzeniach opowieści mistrzyni stylu. Jedna myśl potrafi tu pociągnąć za sobą kilkanaście rozłożystych zdań. Nie tylko o książkach – ich czytaniu, pisaniu i pisarzach – opowiada nam Virginia Woolf. Autorka obserwuje też to, co nazywamy po prostu życiem. Opisuje przejażdżkę samochodem, lot samolotem, pracę zawodową kobiet, podróże, kino, zwierzęta, wystawy, wiece protestacyjne. Czytając jej eseje, odświeżamy swój umysł, odchodzimy od schematów, piękniejemy językowo. Woolf posiada geniusz tworzenia sugestywnych obrazów, które natychmiast wprowadzają czytelnika w temat, który chce omówić autorka. Zdań, które sprawnie przeprowadzają czytelnika przez meandry myślenia pisarki i otwierają przed nim niedostępne do tej pory widoki (także te myślowe widoki, myślowe horyzonty).

Eseje Woolf są gęste, rozwlekłe i pełne detali – dlatego dla współczesnych odbiorców mogą stanowić wyzwanie, mogą bardziej zmęczyć niż zaintrygować. Ale przecież, gdy robisz coś ważnego, często towarzyszy Ci zmęczenie. Gdy wspinasz się na szczyt góry, jesteś zmęczony i zaintrygowany w równym stopniu. Zmęczenie nie sprawia, że rezygnujesz z roli zdobywcy, traktujesz je jako nieodłączny element wyprawy. Warto przedzierać się przez lasy zdań razem z Virginią Woolf, warto docierać do kresu podróży, do puenty tekstu i „spoglądać” z tej puenty jak ze szczytu zdobytej góry. Świat wygląda wtedy trochę inaczej, trochę jakby piękniej.


A teraz zgodnie z tytułową obietnicą czas na dużą garść cytatów!

„Lubiłam tam czytać. Podsuwało się do okna wyblakły fotel, światło przez ramię padało na stronicę. Czasami przemieszczał się po niej cień ogrodnika, który akurat ścinał trawę, w kaloszach, prowadząc kucyka tam i z powrotem. […] Nic z tych rzeczy mnie wówczas nie rozpraszało; jakimś sposobem, może dzięki temu, że okno było otwarte, a książka, umieszczona na tle żywopłotu z eskalonii i odległego błękitu, jakby wcale nie była książką, lecz częścią tego pejzażu”. (s. 7, 8).

„Don Kichot jest bardzo nudny. Jednak ta nuda nie ma w sobie owego letargu uśpionej bestii charakterystycznego dla nudy wielkich ludzi. Oni zdają się mówić: „Wykonawszy tak wielki wysiłek, jestem teraz senny i mam zamiar chrapać, jeśli mi przyjdzie na to ochota”. Don Kichot nie zawiera takiej nudy, ale pojawia się w nim nuda innego gatunku. Tu opowiada się bajeczki dla dzieci. Oto siedzą w zimowy wieczór wokół kominka dorosłe dzieci, kobiety przy kołowrotkach, mężczyźni senni po całym dniu działania: „Opowiedz nam bajkę – coś zabawnego – a także coś wytwornego – o ludziach takich jak my, tylko że bardziej od nas nieszczęśliwych, albo znacznie szczęśliwszych”. Posłuszny tej prośbie Cervantes, człowiek miły i uczynny, snuje historie”. (s. 28)

„Najczęściej podchodzimy do książek z umysłami zamglonymi i niejasnymi, wymagamy od beletrystyki, by była prawdziwa, od poezji, by była kłamliwa, od biografii, by była pochlebna, od historii, by odpowiadała naszym uprzedzeniom. Gdybyśmy umieli przy czytaniu wyzbyć się tego rodzaju gotowych przekonań, to byłby wspaniały początek”. (s. 34)

„Przecież obok regału z książkami, z prawej strony, jest otwarte okno, prawda? Jakże rozkosznie jest przerwać czytanie i wyjrzeć na zewnątrz! Jaka pobudzająca jest ta scena w swej nieświadomości, nieistotności, nieustannym ruchu – źrebięta galopują po polu, kobieta napełnia przy studni cebrzyk, a osioł podnosi łeb i wydaje przeciągły, zgrzytliwy ryk”. (s. 38)

„Ale ale – kto czyta po to, by realizować cele, choćby najszczytniejsze? Czy nie ma takich zatrudnień, którym oddajemy się tylko dlatego, że są dobre same w sobie, i takich przyjemności, które same w sobie są ostateczne? I czy czytanie przypadkiem do nich nie należy?”. (s. 45)

„Prawdziwy czytelnik jest bowiem zasadniczo młody, to człowiek ogromnej ciekawości; pomysłowości; o otwartym umyśle i komunikatywności, dla którego czytanie bardziej przypomina energiczny ruch na świeżym powietrzu niż studia prowadzone w ukryciu”. (s. 47, 48)

„Większość pisarzy doświadcza czegoś podobnego. Oto pojawia się przed nimi jakiś Brown, Jones czy Smith, by tym swoim uroczym i jakże nęcącym głosikiem powiedzieć: „Chodź, spróbuj mnie złapać!”. No a oni podążają za tym błędnym ognikiem, brną przez kolejne tomiszcza, trawią na tej pogoni najlepsze lata, by w zamian otrzymać zazwyczaj jakieś marne grosze”. (s. 69)

„Najbardziej interesująca na świecie jest dzisiaj Ameryka. […] najlepiej różnicę między nimi a nami ilustruje taka oto obserwacja: my mamy cienie, które się wleką za nami, oni – blask, który tańczy przed nimi. I dzięki temu są najciekawszymi ludźmi n świecie – patrzą bowiem w twarz przyszłości, a nie przeszłości”. (s. 212)

„A podczas pisania tego tekstu zrozumiałam, że jeśli mam recenzować książki, to muszę najpierw podjąć walkę z pewną zjawą. Zjawa ta była kobietą, a kiedy poznałam ją bliżej, nazwalam ją imieniem znanym nam z poematu – Anioł Domowego Ogniska. To ona stawała między mną a arkuszem papieru, kiedy siadałam do pisania recenzji. Ona mnie prześladowała, marnowała mój czas i dręczyła mnie tak, że w końcu postanowiłam, że ją zamorduję”. (s. 278)

„Kobiety i dzieci są zatem głównymi szafarzami ducha komicznego, ponieważ ich oczu nie zasnuwa obłok wiedzy, a ich umysłów nie zatykają teorie wyczytane w książkach, dlatego też ludzie i rzeczy nadal jawią się im w ostrości swoich konturów”. (s. 305)

„Wykazujemy się pewną bezczelnością, ale i ryzykanctwem, kiedy płacąc złotem i srebrem, kupujemy sobie zwierzęta i mówimy, że do nas należą”. (s. 401)

Który cytat najbardziej Wam się podoba? A może macie własne, ulubione zdanie Virginii Woolf? :)

wtorek, 13 września 2016

Twoje ciało mówi więcej, niż się spodziewasz


Małgorzata Łatka urodziła się w 1984 roku, studiowała na Uniwersytecie Jagiellońskim i Rolniczym. Jej debiutancka powieść, „Podpowiedź serca” wydana w 2015 roku, jest powieścią obyczajową. Natomiast w przypadku „Kamfory” mamy do czynienia z kryminałem – bardzo dobrym i wciągającym.

W jednym z krakowskich parków zostaje znalezione zmasakrowane ciało. Jest to już trzecia kobieta zabita poprzez zadane ostrym narzędziem ciosy i porzucona w parku. Mijają miesiące, a nadal nie wiadomo, kto jest mordercą. Komisarz Jakub Zagórski pracuje nad sprawą z dużym zaangażowaniem. Niestety ze względu na to, że zabójca należy do inteligentnych i zorganizowanych przestępców, nie pozostawia po sobie żadnych śladów. Stąd też po mieście krąży stworzony przez dziennikarzy przydomek mordercy – Kamfora. Zwierzchniczka komisarza, mocno zdenerwowana przedłużającym się śledztwem, zleca Zagórskiemu skontaktowanie się z Leną Zamojską, specjalistką od mowy niewerbalnej. Czy wiedza Zamojskiej pomoże w schwytaniu psychopaty?

Pomysł pisarki na wprowadzenie do powieści kryminalnej zagadnienia komunikacji pozawerbalnej jest bardzo oryginalny. Ciałem porozumiewamy się inaczej niż słowem – nieświadomie, dlatego też mowa ciała może zdradzić nam prawdę o naszym rozmówcy, dopowiedzieć nam to, co on przemilczał. Małgorzata Łatka przemyca w „Kamforze” wiele informacji dotyczących komunikacji niewerbalnej. Możemy dowiedzieć się, co to są emblematy, przecieki, gesty autoadaptacyjne czy ilustrowanie. Większość z nas łudzi się, twierdząc, że umie rozpoznać kłamcę. Niestety zdobywanie faktycznej wiedzy na temat mowy pozasłownej nie jest procesem szybkim i prostym, wymaga raczej dość długiej i intensywnej nauki.
W powieści Łatki pojawiają się wątki społeczno-obyczajowe i potraktowany subtelnie wątek zauroczenia. Na szczęście nie dominują one nad kryminalną intrygą i są wprowadzone przede wszystkim w celu nakreślenia przeszłości głównych bohaterów. Ważnymi motywami przewijającymi się w książce są zaufanie i bezpieczeństwo. Powieść też dość skutecznie ostrzega przed nie do końca odpowiedzialnym korzystaniem z portali społecznościowych.
W „Kamforze” nie znajdziemy niezręczności językowych, stylistycznych ani wymuszonych, sztucznych dialogów. Jest to kryminał zapewniający świetną rozrywkę i całkowite oderwanie od rzeczywistości. Muszę przyznać, że naprawdę mnie wciągnął. „Kamfora” to pierwsza pozycja z serii o Lenie Zamojskiej, nie mogę się już doczekać kolejnej.

Recenzja powstała we współpracy z portalem

wtorek, 6 września 2016

Zło czai się za rogiem historii. „Ósme życie (dla Brilki)”. Tom 1, Nino Haratischwili

„Jesteś czarodziejskim dzieckiem. Przedrzyj się przez niebo i chaos, przedrzyj się przez nas wszystkich, przedrzyj się przez te wersy, przedrzyj się przez świat duchów i świat realny, przedrzyj się przez powrót miłości i wiary, skróć odległość, która zawsze oddziela nas od szczęścia, przedrzyj się przez los, który nie był losem. Przedrzyj się przeze mnie i przez siebie."
Autorka „Ósmego życia” to 32-letnia kobieta z Gruzji. Mieszka jednak w Niemczech, tam pisze, tam żyje i tam została uznana za odkrycie literackie ostatnich lat. Czy rzeczywiście pisarka i jej twórczość jest taka niezwykła? I tak, i nie. Ja twierdzenia typu: odkrycie roku, odkrycie dekady, itp. najczęściej traktuje po części jak „marketingowe wirusy”, które rozsyłają wydawnictwa, by zarazić jak największą liczbę osób pragnieniem przeczytania książki wychwalanego autora, a po części jak prawdę. Bez wątpienia powieść Nino Haratischwili to bardzo dobra pozycja, nie wiem, czy wybitna. Dla mnie trochę za dużo w niej wątku obyczajowego, ale czy to jej wada? Dla mnie tak, dla innych – nie wiem.
Punktem wyjścia opowieści jest ucieczka trzynastoletniej Brilki do Wiednia. Nica Jaszi, ciotka Brilki od tego momentu rozpoczyna snucie historii opowiadającej dzieje ich rodziny począwszy od 1900 roku, czyli od chwili przyjścia na świat Stazji. Stazja to prababcia Nici i córka gruzińskiego fabrykanta czekolady. Czekolada to element magiczny, lejtmotyw powieści. Skosztowanie gorącego, gęstego, czekoladowego napoju przynosi wielką rozkosz i zapomnienie, niestety zbyt wielką, by pozostała bezkarną przyjemnością. To smakołyk o niebiańskim smaku, za którego spróbowanie wymierzana jest przez los kara.
Wiele jest w „Ósmym życiu” namiętności – niszczącej relacje i poszczególne ludzkie życia, namiętności tych, którzy znajdują się u władzy i tych, którzy liczą na to, że kiedyś będą władzę posiadać. Historia rodziny Jaszich jest porażająca, a zarazem wiarygodna; dzieje rodu ściśle i boleśnie splatają się z krwawym biegiem powszechnej historii XX-wiecznej Gruzji i Rosji. To zazębienie rwie losy ludzkie, strzępi marzenia, kąsa tak krwawo, że z ludzi pozostają puste ciała wyzute ostatecznie z uczuć i pragnień. To ciała z umarłymi duszami wewnątrz. Niektórzy z członków rodziny Jaszich dadzą się zwodzić mglistym, politycznym ideom, stają się osobami jednocześnie oszukanymi przez państwowe władze i oszukującymi swoje rodziny. Mimo że jedynymi autentycznymi postaciami są Beria i Stalin, to fikcyjni bohaterowie również sprawiają wrażenie osób autentycznie żyjących – nie są sztucznymi marionetkami, ich wizerunki są bardzo wiarygodne.
Powieściowa wędrówka przez życia członków rodziny Jaszich jest prowadzona z kobiecej perspektywy; obserwujemy szaleństwo XX wieku z punktu widzenia silnych kobiet. Ogromne liczby zamordowanych, ofiar systemu komunistycznego i faszyzmu są dla nas głównie faktem, „suchym” stanem rzeczy, widzimy abstrakcję liczb, a nie konkret osób. Nino Haratischwili poprzez fikcyjną (choć prawdopodobną) historię Jaszich pokazuje nam to, co osobiste, pokazuje ludzi z krwi i kości z podobnymi do naszych emocjami i pragnieniami; ludzi, którym przytrafiają się zdarzenia absolutnie niewyobrażalne w swoim okrucieństwie. Powieść pisarki staje się lustrem dla psychopatycznych stanów XX wieku.
„Ósme życie” zadaje znane nam pytania. Są to pytania o granice: granice zła, bólu, cierpienia, moralności i nadziei. Powieść odbija się czkawką tych właśnie pytań, na które odpowiedź nie istnieje.
Książka Haratischwili to pozycja o wciągającej fabule, klasyczna w formie, pozbawiona formalnych i językowych eksperymentów. Na pewno sięgnę po jej drugi tom.

wtorek, 30 sierpnia 2016

Katarzyna Bonda, „Maszyna do pisania. Kurs kreatywnego pisania”



„Przez ponad trzynaście lat trenowałam pióro w prasie. […] Kiedy osiągnęłam dziennikarski szczyt i powinnam była odcinać kupony od swojej kariery, zniszczyłam wszystko i odeszłam donikąd, żeby wreszcie robić to, o czym zawsze marzyłam: pisać książki.” (s.12)
Katarzyna Bonda dopięła swego: pisze książki, a dokładniej powieści kryminalne; fakt, że są to powieści kryminalne, a nie kryminały, jest istotny. Do tej pory przeczytałam „Florystkę” i „Tylko martwi nie kłamią”, ale mam zamiar wygospodarować kiedyś trochę czasu na przeczytanie tetralogii kryminalnej „Cztery żywioły Saszy Załuskiej”. Bonda, gdy już rzuciła pracę jako uznana dziennikarka, wytrwale poznawała tajniki warsztatu pisarskiego, czyli narzędzia, którymi posługują się pisarze, by ich powieść nie składała się z mniej lub bardziej chaotycznie rozrzuconych elementów, ale była konstrukcją dopracowaną. Moje czytelnicze doświadczenie z prozą pisarki potwierdza, że opanowała ona warsztat do perfekcji. Natomiast z wywiadów z autorką dowiedziałam się, że zanim jeszcze zasiądzie za ekranem laptopa, by pisać, tworzy precyzyjne plany, w których rozpisuje poszczególne sceny, a także kwestionariusze bohaterów. Pozwala jej to zapanować nad całym bałaganem, jakim jest jeszcze niestworzony, będący początkowo jedynie kruchą ideą, świat powieści.
Dlatego też nie powinno nas dziwić, że w jej poradniku, „Maszynie do pisania” znajdziemy właśnie rady dotyczące rzemiosła pisarskiego. Zadziwia jak wiele spraw trzeba przemyśleć i dopilnować zanim wystuka się na klawiaturze pierwsze zdanie swojej pierwszej powieści. Bonda daje nam do rąk narzędzia. Czy cokolwiek z nimi zrobimy to już nasza sprawa, sprawa naszej samodyscypliny i pracowitości. Tych, którym pozostały resztki wiary w dotyk muzy, autorka próbuje otrzeźwić, zaś tym, którzy potrafią godzinami ślęczeć nad pustym monitorem z migającą kreską, daje przykłady inspiracji.
Kurs Katarzyny Bondy dotyczy oczywiście klasycznego typu powieści z rozbudowaną, linearną fabułą. Pisarka pomaga w stworzeniu psychologicznie wiarygodnych bohaterów, zbudowaniu przemyślanego świata przedstawionego i wybraniu typu narracji. Przypomina, że dialog to mowa potoczna, a więc język raczej niepracujący na najwyższych rejestrach. Zwraca uwagę na kontrę odgrywającą bardzo istotną rolę na każdej płaszczyźnie dzieła. Bez treningu nie ma mistrza, dlatego też najbardziej ambitni mają okazję wykonania ćwiczeń pisarskich kończących każdy rozdział. Bonda ostrzega, że praca pisarza to zawód dla szaleńców (oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu); sława nie przychodzi szybko, a czasem nawet wcale, natomiast trudy, jakim każdy autor książek musi sprostać, bywają przytłaczające. Załamania nerwowe pisarzy i syndrom pustej kartki to chyba nie do końca mity.
Dla mnie „Maszyna do pisania” była poradnikiem orzeźwiającym i otrzeźwiającym, otwierającym oczy na wiele spraw związanych z pisaniem, mnogość decyzji, jakie musi podjąć autor, zanim jego mglista idea oblecze się w słowo. Powieść musi mieć konkretnych bohaterów, których śladami czytelnik będzie chciał podążać, wciągającą fabułę, akcja zaś musi toczyć się w jakimś, najlepiej niedostępnym w normalnym życiu czytelnikom miejscu, i tak dalej, i tak dalej… Do zbudowania świata przedstawionego możemy użyć tylko jednego, trwałego i niejednoznacznego tworzywa, jakim są słowa – wodzące na pokuszenie i usilnie dopraszające się naszej uwagi. Aby otworzyć przed czytelnikiem świat naszej opowieści, musimy używać tych najbardziej sugestywnych słów, budować ze zdań solidne, dotykalne mosty, by czytelnik mógł bezpiecznie przez nie przejść; wyrwać się na chwilę ze swojego świata i wejść do naszego, powieściowego.
Często odnoszę wrażenie, że większość ludzi nie postrzega pracy pisarza jako pracy, a zawodu pisarza za żaden zawód nie uważa, co najwyżej za hobby. Tymczasem, aby napisać książkę (dobrą książkę) i ją wydać, trzeba wysiłku należącego do tych największych, wysiłku umysłowo-fizycznego.
Czytajcie „Maszynę do pisania” z myślą, że to „tylko” teoria. Teoria to baza, wiedza na temat istnienia pewnych narzędzi. Dopiero codzienny i cierpliwy trening czyni mistrza.
„Masz jakiś nadmiar w sobie lub jakiś brak, którym chcesz się podzielić. Z tego rodzą się książki. To jest właśnie twój dar.” (s. 17)

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Co przeczytałam ostatnio?

1. Olga Tokarczuk, „Księgi Jakubowe albo Wielka Podróż...”

Myślałam, że nie dam rady przeczytać „Ksiąg Jakubowych”. Dawkowałam je sobie po trochu z uwagą i cierpliwością, na jaką zasługują, aż nagle pewnego wieczoru okazało się, że moja „wielka podróż” śladami charyzmatycznego, choć często mnie odstręczającego Jakuba Franka dobiegła końca.  Księgi Jakubowe” to bez wątpienia najwybitniejsza książka (księga?) Olgi Tokarczuk. Wielopoziomowa, odmalowująca XVIII-wieczny świat, historyczna i zarazem mistyczna wielka opowieść. 
Czytając tak opasłe dzieło, bez wątpienia można ćwiczyć cierpliwość, dlatego dla niecierpliwych (w tym mnie) taki oto cytat: Być niecierpliwym to znaczy nigdy nie żyć naprawdę, a być zawsze w przyszłości, w tym co się wydarzy, ale czego przecież jeszcze nie ma. Czy ludzie niecierpliwi nie przypominają duchów, które nigdy nie są tu, w tym miejscu, i teraz, w tej właśnie chwili, ale wystawiają głowę z życia jak ci wędrowcy, którzy podobno, gdy znaleźli się na końcu świata, wyjrzeli poza horyzont. Cóż tam zobaczyli? Cóż może ujrzeć niecierpliwy?” (s. 49 liczona od końca. Dlaczego od końca? No cóż, tak są po prostu ponumerowane strony. ;))
Zdanie Aszera Rubina na temat głupoty: „Aszer Rubin uważa, że większość ludzi jest głupia i że to głupota ludzka sprowadza na świat smutek. Nie jest to grzech ani cecha, z którą się człowiek rodzi, ale zły pogląd na świat, błędna ocena tego, co widzą oczy.” (s. 866)
I jeszcze przypomnienie dla tych, co żyją przeszłością: „Bóg stworzył człowieka z oczami z przodu, a nie z tyłu głowy, co znaczy, że człowiek ma się zajmować tym, co będzie, a nie tym, co było.” (s. 886)

2. Evžen Boček, „Ostatnia arystokratka”

W przeciwieństwie do „Ksiąg Jakubowych” zabawną książkę Evžena Bočka można przeczytać w dwa wieczory. Dlatego jeśli zauważyliście, że ostatnio jesteście zbyt poważni i chcecie nabrać trochę dystansu, koniecznie po nią sięgnijcie. Narratorką „Ostatniej arystokratki” jest właśnie ostatnia arystokratka, czyli młoda Maria, trzecia Maria z rodu Kostków, która wraz z rodziną opuszcza Amerykę i osiedla się na odzyskanym zamku w Czechach. Kostkowie zastają na miejscu kasztelana, kucharkę i ogrodnika, którzy okazują się dość osobliwymi służącymi. Kucharka Cicha zabiera się za gotowanie dopiero, gdy sobie „golnie”, kasztelan Józef nienawidzi „muflonów” (turystów), a ogrodnik większość czasu spędza, analizując stan swojego zdrowia. Rzeczywistość w „Ostatniej arystokratce” jest chwilami wręcz surrealistyczna. Niewiele jest książek tak zabawnych – pisarze na ogół tworzą opowieści raczej smutne niż wesołe; łatwiej jest napisać melancholijną, bolesną historię niż stworzyć powieść humorystyczną i zyskać uznanie krytyki i czytelników.

3. Toni Morrison, „Umiłowana”

124 był nawiedzony, Pełen dziecięcego jadu. Wiedziały o tym kobiety mieszkające w tym domu i wiedziały dzieci. Przez wiele lat każdy radził sobie z tym, jak mógł, ale w 1873 roku Sethe i jej córka Denver pozostały jedynymi ofiarami domu.” (s. 9)
dotrzeć do miejsca, gdzie można kochać wszystko, co się chce – bez pytania kogoś o zgodę na marzenia – no, to dopiero jest wolność” (s.217)
Ta książka to klasyka i nic dziwnego, bo opowiada o niewolnictwie w absolutnie dojmujący, niejednoznaczny i niepodrabialny sposób. To lektura wymagająca – dopiero wraz z rozwojem historii znajdujemy odpowiedzi na wiele pytań, które pojawiają się w nas podczas czytania początkowych stron „Umiłowanej”.

4. Jessie Burton, „Miniaturzystka”

Petronella Oortman stoi na progu domu swego nowo poślubionego męża i stuka do drzwi kołatką w kształcie delfina, nagle onieśmielona spowodowanym przez siebie łomotem. Nikt się nie zjawia, choć się jej spodziewają.”(s.15)
Akcja rozgrywa się w 1686 roku w Amsterdamie. Centralnym symbolem w „Miniaturzystce” jest domek dla lalek będący repliką zamieszkiwanej przez głównych bohaterów kamienicy. Świat w „Miniaturzystce” jest pełen tajemnic i mroku, nie sposób przejść wobec tej pięknej i magicznej opowieści obojętnie. Postacie są bardzo wyraziste, spotkamy tu Nelle, która stopniowo przeradza się w silną kobietę, jej męża, zamożnego kupca Johannesa Brandta i jego siostrę, oschłą i surową Marin, a także zagadkowych służących. Ale czy uda się nam spotkać miniaturzystkę – tę specyficzną komentatorkę życia Brandtów? Przekonajcie się sami, bo bez wątpienia warto :).
Tutaj czuje się marionetką, naczyniem, w które inni wlewają swoje myśli. I nie mężczyznę poślubiła, lecz świat. Złotnicy, szwagierka, dziwne znajomości, dom, w którym czuje się zagubiona, i ten w miniaturze, napawający ją przerażeniem.” (s. 118)



środa, 17 sierpnia 2016

63. urodziny Herty Müller

źródło zdjęcia: Foto © by Ekko von Schwichow
Dziś Herta Müller, laureatka Literackiej Nagrody Nobla z 2009 roku, obchodzi swoje 63 urodziny. Jeśli ktoś już miał okazję spotkać się z jej twórczością, wie, że nie jest to twórczość radosna, ale pełna skondensowanego cierpienia. Do tej pory przeczytałam dwie jej książki – a właściwie książeczki ze względu na ich niewielką objętość – „Głód i jedwab” i „Dziś wolałabym siebie nie spotkać”. Obie stanowią porażający opis życia w czasach totalitaryzmu.


„Głód i jedwab” to zapis doświadczenia osoby, która dzieciństwo i młodość spędziła w kraju komunistycznej dyktatury. Aby opowiedzieć o tym, co działo się w Rumunii, Jugosławii i banackiej wsi w czasach, gdy kontroli poddane było wszystko, począwszy od sfer tak prywatnych jak kobiece ciało, autorka wybiera formę eseju. Podczas gdy w świecie opisywanym przez Herte Müller myślenie było czynnością zakazaną, to w jej esejach myśl stanowi punkt centralny. Myśl dążąca do prawdy, metaforyczny obraz i konkret wydarzeń przenikają się, tworząc wiarygodne świadectwo obłędu głodu, lęku i nieufności.
„Tasak połyskiwał. Sprzedawca rąbał czerwono-niebieski zamarznięty kamień. Przed wagą stała kolejka. Ludzie o tępych spojrzeniach. (...) Kamień składał się z kurzych szyjek, skrzydeł, nóg, głów. Zostały włożone do wody i zamrożone. (...) Na wpół suche drzewa rzucały cienie składające się tylko z gałęzi. Na chodnikach wyglądały jak koślawe poroże. Obok nich przechodziła kobieta w szpilkach. (...) Swoją grudkę mięsa trzymała tuż przy bladoczerwonej jedwabnej sukience. (...) Pomyślałam: głód i jedwab.*”

Bohaterką „Dziś wolałabym siebie nie spotkać” jest pracownica fabryki tekstylnej, która co tydzień jeździ do siedziby SB na przesłuchanie. Prawie nie ma tu akcji, za to jest dużo wspomnień, nieuporządkowanych i przygnębiających obrazków z przeszłości pojawiających się w głowie kobiety podczas jazdy tramwajem. Przeszłość okazuje się równie mroczna jak teraźniejszość; przyglądamy się bowiem m.in. patologicznemu małżeństwu rodziców bohaterki, dowiadujemy się o zesłaniu jej dziadków do obozu pracy czy o śmierci najlepszej przyjaciółki.
„Obojętność powoduje zaniedbanie zewnętrzne, w jej przypadku tak nie było. Była raczej wewnętrznie zdziczała albo dumna z samotności, albo obca samej sobie, odkąd zerwała się ta więź. Ani radosna, ani smutna, z niezmiennym wyrazem twarzy. Szklanka wody miała w sobie więcej życia niż ona. Przypominała ręcznik, kiedy się wycierała, stół, kiedy z niego sprzątała, krzesło, kiedy siadała.**”

Dla mnie książki Müller to przede wszystkim jej język – jedyny w swoim rodzaju, metaforyczny, wybitny. Jej zdania są jak igła przekuwająca materiał rzeczywistości, szpikulec zaostrzony do granic możliwości.

* H. Müller, Głód i jedwab, Wołowiec 2008.
** H. Müller, Dziś wolałabym siebie nie spotkać, Wołowiec 2004.


czwartek, 11 sierpnia 2016

Wrażenia z lektury: „Wszystko, co lśni” Eleanor Catton


Praca nad ponad 900-stronicowym „Wszystko, co lśni” zajęła autorce pięć lat. Przez ten czas Eleanor Catton tworzyła tysiące notatek do powieści i budowała samą powieść. Poświęcenie i trud pisarki został nagrodzony, gdy przyznano jej nagrodę Bookera, tym samym czyniąc ją najmłodszą laureatką w dziejach tego wyróżnienia.
Akcja książki dzieje się w latach 60. XIX wieku w Nowej Zelandii w miasteczku Hokitika. Jest to czas, gdy nowozelandzką ziemię i przebywających tam ludzi trawi gorączka złota. Hokitika staje się obserwatorem często nie mających w sobie nich chwalebnego ludzkich dążeń. Razem z nowo przybyłym do miasta adwokatem Walterem Moodym wkraczamy w świat poszukiwaczy złota i tych, którzy przypadkowo lub celowo mają z tym światem coś wspólnego; będziemy obcować z bogaczami i nędzarzami, prostytutkami i przedsiębiorcami, Chińczykami i Maorysami. Moody przypadkiem trafia na naradę dwunastu mężczyzn, którzy zdają relacje ze swojej wiedzy na temat tajemniczych wydarzeń, które ostatnio miały miejsce, takich jak nagła śmierć żyjącego na uboczu byłego poszukiwacza złota, próba samobójcza prostytutki Anny Wetherell i zniknięcie Emery’ego Stainesa, którego uważa się za człowieka posiadającego fortunę. Część, w której kolejni mężczyźni przedstawiają swoje wersje zdarzeń i domysły jest bardzo obszerna; można się w niej trochę pogubić i nią znużyć.

Na okładce widnieje napis: „Jednocześnie powieść wiktoriańska i literacki thriller. […]”. I rzeczywiście „Wszystko, co lśni” czerpie pełnymi garściami z realistycznej powieści wiktoriańskiej; znajdziemy tu precyzyjność opisów, wszechwiedzącego narratora, złożoną fabułę, bogate tło obyczajowo-społeczne i poprzedzające właściwe rozdziały streszczenia wydarzeń, które nastąpią. Eleanor Catton nie omieszka jednak zawrzeć w swojej powieści elementów zaświadczających, że podczas pisania towarzyszy jej świadomość korzystania z XIX-wiecznej tradycji powieści wiktoriańskiej. Krótkie, pisane kursywą opisy, mających nastąpić wydarzeń, w miarę zbliżania się ku końcowi książki zaczynają opisywać zdarzenia, których, czytając dany rozdział, w tymże rozdziale nie znajdziemy. Objętość rozdziałów stopniowo się zmniejsza, aż w końcu świat przedstawiony rozprasza się –  gęsta, drobiazgowo opisująca przedmioty i bohaterów narracja przemienia się w narrację pełną niedopowiedzenia. Catton, za pomocą gry pisanymi kursywą streszczeniami, porozumiewawczo mruga do czytelnika, mówiąc: patrz, to tylko taka konwencja. A czy „Wszystko, co lśni” jest także thrillerem? Raczej nie. Owszem, są tu fragmenty, w których groza i napięcie dochodzą do głosu, ale nie poczujecie aż tak wielu dreszczy, ilu moglibyście się spodziewać, czytając prawdziwy thriller.










Bardzo ważną rolę w powieści odgrywa astrologia, na której niestety ani trochę się nie znam, więc czytając, przeoczyłam zapewne kilka istotnych dla zrozumienia książki kwestii. Wiem tylko tyle, że bohaterowie są przyporządkowani planetom i gwiazdom, co nie pozostaje bez wpływu na ich życie; rozpiska tych przyporządkowań zamieszczona jest przed rozpoczęciem powieści. Akcja zaś rozpoczyna się 27 stycznia 1866 roku, na chwilę przed miesiącem, w którym nie występuje pełnia księżyca, czyli miesiącem synodycznym. Dopiero w 2066 roku wystąpi ponownie taki miesiąc.
Odwołanie do astrologii i misterność zdań wprowadza do powieści nastrój tajemnicy – tajemnicy dotyczącej międzyludzkich relacji, przyjaźni, miłości i przeznaczenia. Oprócz zagadki kryminalnej – jak najbardziej rozwiązywalnej – mamy tajemnicę, czyli coś, czego nie da się rozwiązać za pomocą rozumu.


Powieść jest bardzo gruba, to chyba najgrubsza książka, jaką czytałam; autorka opisuje wszystko szczegółowo: od bohaterów i ich strojów po przedmioty, domy i przyrodę, a także porusza wiele wątków. Jest to zarazem zaleta i wada „Wszystkiego, co lśni”, bo z jednej strony czytelnik ma możliwość absolutnego zanurzenia się w kreowanym świecie, a z drugiej strony ta skrupulatność opisów i wielowątkowość rozbija napięcie. Musimy sporo się naczytać i naczekać, żeby doczekać się w końcu rozwiązania choć jednej zagadki.
Na Youtubie oglądałam wywiady z Eleanor Catton, które mnie zauroczyły. Catton wydaje się bardzo skromna i ma tak szczery i dobry uśmiech, że od razu chciałoby się z nią zaprzyjaźnić. (A może tylko ja tak mam? :P) Pisarka pojawi się na Festiwalu Conrada, który rozpoczyna się 24 października w Krakowie. Bardzo chciałabym tam być, by móc zobaczyć autorkę na żywo, może się uda. ;)

sobota, 6 sierpnia 2016

„Podróże z owocem granatu” Sue Monk Kidd i Ann Kidd Taylor




Odkąd przeczytałam „Sekretne życie pszczół”, wiedziałam, że niebawem przyjdzie dzień, w którym sięgnę po jakąś inną książkę Sue Monk Kidd. Nie wiedziałam jedynie, że sięgnę po pozycję, która będzie wspólnym dziełem Sue Monk Kidd i jej córki, Ann Kidd Taylor. „Podróże z owocem granatu” to książka autobiograficzna – dziennik fizycznej wędrówki po Grecji, Francji i Turcji i duchowej podróży w głąb siebie.
22-letnia Ann staje się kobietą bardzo zagubioną i nieszczęśliwą po tym, jak zrywa z nią chłopak, a jej zgłoszenie na podyplomowe studia z historii starożytnej Grecji spotyka się z odmową. Natomiast jej matka, Sue, zaczyna coraz bardziej zdawać sobie sprawę z tego, że nie jest już kobietą młodą, jej relacje z córką nie są tak bliskie, jak by tego pragnęła, a jej pisarska wena uległa (tymczasowemu?) wyczerpaniu. Obie kobiety przeżywają jakąś utratę i muszą „zejść do podziemi”, by znaleźć odpowiedzi na dręczące je pytania. Sue Monk Kidd i Ann Kidd Taylor podzieliły „Podróże z owocem granatu” na trzy części: „Utratę”, „Poszukiwania” i „Powrót”. Nie sposób nie skojarzyć tytułów tych części z symboliką mitu o Demeter i Persefonie, który jest wielokrotnie przywoływany przez autorki na kartach ich książki. W „Podróżach z owocem granatu”, oprócz Demeter i Persefony, spotkamy też inne kobiece postaci pochodzące z mitologii i historii, takie jak: Maria, matka Jezusa, św. Anna, Atena, Hestia, Afrodyta i Joanna D’Arc. Historie tych kobiet i przypisywane im cechy pomagają Sue i Ann w ich poszukiwaniach własnej definicji kobiecości, budowaniu tożsamości i dotarciu do najgłębiej skrywanych, nieuświadomionych pragnień.
Podróże autorek miały miejsce w latach, gdy Sue Monk Kidd pracowała nad „Sekretnym życiem pszczół”, dlatego też wiele jest w „Podróżach z owocem granatu” odwołań do pracy nad „powieścią o pszczołach”, jak ją nazywa pisarka. Wielbiciele „Sekretnego życia pszczół”, czytając dziennik z podróży matki i córki, mają możliwość lepszego zrozumienia znaczenia Czarnej Madonny dla pisarki. Za najbardziej odkrywczy i oryginalny wątek „Podróż z owocem granatu” uważam prowadzone przez Sue Monk Kidd duchowe poszukiwania Boga o kobiecym obliczu. Ta metafizyczna pielgrzymka autorki, mająca na celu odkrycie żeńskiej boskości, z pewnością zaintryguje kobiety.

Sposobu opowiadania obu autorek, mimo odwoływania się do ważnych symbolów, nie cechuje przesadna erudycja i stylistyczne napuszenie. Dziennik podróży Sue Monk Kidd i Ann Kidd Taylor jest napisany stylem klarownym, bardzo osobistym i kobiecym. Mimo że autorki skupiają się przede wszystkim na swoim życiu wewnętrznym, to potrafią zachować otwartość na drugiego człowieka; zwracają uwagę na ważność relacji z najbliższymi. Psychiczne wiwisekcje pisarek nie są egzaltowane i przestylizowane, co chyba często zdarza się w przypadku męskich autorów. Chociaż w „Podróżach z owocem granatu” akcja nie jest stawiana na pierwszym miejscu i nie znajdziemy tu zapierających dech wydarzeń, to książkę czyta się z rosnącym zaciekawieniem dotyczącym losów matki i córki. To bohaterki, do których można się bardzo przywiązać, szczególnie jeśli jest się kobietą w wieku Sue lub Ann. Ja na przykład bardzo przywiązałam się do Ann – jej odczucia i rozterki są mi bardzo bliskie i myślę, że nie tylko mi. ;)

poniedziałek, 25 lipca 2016

„Piękny styl. Przewodnik człowieka myślącego po sztuce pisania XXI wieku” Steven Pinker


  „Piękny styl” Stevena Pinkera nie jest typowym podręcznikiem, przy którego czytaniu z trudem powstrzymujemy się od ziewania. Amerykański kognitywista i lingwista pisze jasno i ciekawie, dzięki czemu jego przewodnik po sztuce pisania staje się ucieleśnieniem wskazówek dotyczących dobrego pisarstwa. Zdanie z okładki nazywa Pinkera „jednym z najbardziej wpływowych intelektualistów na świecie”, tymczasem czytając „Piękny styl”, nie czujemy, że autor przemawia do nas z niedostępnych wyżyn swojej wiedzy; Pinker raczej schodzi z tych wyżyn, by poprowadzić czytelnika przez swoją książkę jak równego sobie partnera. Nie musimy też słuchać narzekań amerykańskiego kognitywisty na zepsucie współczesnego języka. Autor sam nie biadoli nad rzekomą degradacją stylu, ale przywołuje kolejno wypowiedzi osób wieszczących upadek języka z 1785, 1833, 1889, 1961 i 1978 roku. Okazuje się więc, że dzisiejsze utyskiwania nie są niczym nowym.

Steven Pinker zwraca uwagę na to, że aby dobrze pisać, należy czytać dobrze napisane teksty. Podaje świetnie dobrane przykłady doskonałych i słabych tekstów, a następnie omawia pułapki, w jakie wpadli słabsi autorzy, a także elementy dobrego stylu, które znajduje u autorów wybitnych.  Przykłady dobrego i złego pisarstwa pozwalają zrozumieć, co to znaczy dobrze pisać, pisać nie tylko dla siebie (jak czynią to postmodernistyczni badacze), ale dla czytelnika. W końcu język mamy w pierwszej kolejności po to, by się za jego pomocą porozumiewać, a nie tkwić w samotnej wieży naszej wiedzy.
W drugim rozdziale autor kieruje naszą uwagę na styl klasyczny, będący najlepszym lekarstwem na żargon naukowy, urzędniczy, prawniczy czy medyczny. „Styl klasyczny upodabnia nienaturalną czynność pisania do naturalnych czynności: mówienia i widzenia.” Posługując się nim, należy stworzyć iluzję, polegającą na tym, że kierujemy wzrok czytelnika na dany element świata. Okazuje się, że nawet najbardziej zawiła teoria naukowa może zostać wytłumaczona dzięki posługiwaniu się przejrzystym i nieabstrakcyjnym stylem klasycznym. W kolejnych rozdziałach autor pisze m.in. o klątwie wiedzy, bezpańsko włóczących się po tekście rzeczownikach zombiemetapojęciach czy znakowaniu drogi. Pinker radzi też, jak zbudować kolejno spójny akapit, rozdział i cały artykuł (czy książkę). Wyjaśnia, w jaki sposób składnia ma za zadanie odtwarzać nasze rozumowanie – jak kolejne człony zdania łączą się ze sobą, by dać wyraz idei, którą chcemy zaprezentować czytelnikowi. Szósty rozdział książki, czyli „Telling Right from Wrong”, nie został przetłumaczony na język polski, gdyż, jak twierdzi tłumaczka „Pięknego stylu” Agnieszka Nowak-Młynikowska, „jest w całości specyficzny dla języka angielskiego”. Ci, którzy piszą czasem po angielsku, mają możliwość skorzystania z rad zawartych w tym rozdziale.
Steven Pinker nie jest literaturoznawcą, ale psycholingwistą i kognitywistą, dlatego tym bardziej intrygujące jest poznawanie jego punktu widzenia dotyczącego stylu. Autor posiada wiedzę na temat tego, jak poznajemy; jak nasz umysł tworzy i odbiera słowa, zdania, znaczenia i idee.
Stworzenie spójnego, ciekawego i przejrzystego tekstu to wyzwanie. Mimo świadomości, że pisanie jest czynnością nader skomplikowaną, autor mocno wierzy w to, że dobrego pisarstwa można się uczyć, a na dodatek nauka ta nie musi być kojarzona jedynie ze żmudną pracą nad językiem i stylem, ale z rozwojem przynoszącym sporą satysfakcję i radość.

poniedziałek, 18 lipca 2016

O pasjonującym życiu kobiety z pasją, czyli „Botanika duszy” Elizabeth Gilbert


Dziś obchodzi swoje 47. urodziny Elizabeth Gilbert i z tej okazji zamieszczam kilka słów na temat jednej z książek tej bardzo popularnej autorki. Przeczytałam tylko jedną, ale za to chyba najlepszą, książkę Gilbert, mianowicie „Botanikę duszy”.
Alma Whittaker, bohaterka wokół której życia krąży cała opowieść, zjawia się na świecie piątego stycznia 1800 roku. Jednak zanim autorka „Botaniki duszy” pozwoli nam śledzić losy Almy, dokonuje dokładnego przedstawienia ojca protagonistki, Henry’ego. Henry Whittaker to człowiek odważny, otwarty na świat i nieprzeciętnie bystry. Cechy te ułatwiają mu walkę o swoje wymarzone życie. Henry steruje swoim losem tak umiejętnie, że w ostateczności zostaje bardzo bogatym i znanym botanikiem. Alma żyje w czasach nieprzychylnych wobec kobiecych marzeń o niezależności. Jako jedna z nielicznych kobiet ma jednak to szczęście, jakim jest przyjście na świat w bogatej i posiadającej liczne i cenne znajomości rodzinie Henrego Whittakera. Alma już jako dziewczynka podczas rozmów przy stole z odwiedzającymi jej ojca naukowcami potrafi wykazać się inteligencją. Jej przeciwieństwem okazuje się skryta i mało bystra przybrana siostra Prudence. Główna bohaterka, mimo że jest dziedziczką ogromnej fortuny, mieszka w bajecznej posiadłości White Acre i od dziecka ma kontakt z ludźmi nieprzeciętnymi, nie zawsze czuje się szczęśliwa. Przeżywa śmierć matki, miłosne zawody i nawiązuje niekończące się dobrze przyjaźnie. Alma w pewnym momencie swojego życia zaczyna poszukiwać jakiegoś zajęcia, któremu mogłaby poświęcać większość czasu. Nie może opuścić rodzinnego White Acre, ponieważ pełni rolę pomocnicy i towarzyszki swojego osamotnionego po śmierci żony ojca. Alma doznaje olśnienia, gdy odkrywa przez nikogo jeszcze niezbadany, wymagający od swojego badacza przyrodniczej wiedzy i umiejętności precyzyjnej obserwacji, świat mchów. Rzeczywistość mchów staje się światem Almy, odkrywanie go daje jej spełnienie intelektualne i poczucie niezależności. Bohaterka pisze i publikuje naukowe artykuły, a praca przy mchach, mimo że żmudna, przemienia się w jej pasję i doprowadza ją do fenomenalnych i nieznanych jeszcze dziewiętnastowiecznej nauce wniosków. Skoro niepozorny mech to tak skomplikowany mikroświat, że Alma zgłębia tajemnicę jego istnienia przez całe życie, to o ile bardziej zagadkowa jest ludzka egzystencja. I właśnie to zawikłanie i bogactwo życia zgłębiamy, towarzysząc Almie aż do jej śmierci. „Botanika duszy” to powieść, która otwierając nam oczy na cud istnienia, nie robi tego w stylu niektórych pseudogłębokich, poradnikowych rozmyślań. Pod pięknymi, płynnymi zdaniami można czasem wyczuć autentyczne drżenie wynikające z umiejętności (chyba nieobcej samej autorce) pasjonowania się życiem. „Botanika duszy” to klasyczna powieść; taka, która pozwala nam podróżować bez podnoszenia się z łóżka, krzesła, fotela, ławki czy jakiegokolwiek innego miejsca, na którym siedzicie, czytając. Chyba że czytacie na stojąco. Zresztą to nieważne; ważne, by wymienić część swojego czasu na czas życia Almy, czyli kilkadziesiąt lat XIX wieku. To chyba całkiem korzystna wymiana. W krótkim filmiku zamieszczonym na YouTubie i będącym zapowiedzią „Botaniki duszy”, Elizabeth Gilbert tłumaczy, że książka powstała z inspiracji XVI-wieczną teorią, stworzoną przez niemieckiego mistyka wierzącego, że w kształt każdej z roślin Bóg wpisał przesłanie o jej przeznaczeniu (link do filmiku: https://www.youtube.com/watch?v=MWiDDw1JTGk)

środa, 13 lipca 2016

Słów kilka o Alice Munro

Kanadyjska laureatka literackiej Nagrody Nobla, Alice Munro, trzy dni temu, czyli 10 lipca skończyła 85 lat. Do tej pory przeczytałam trzy zbiory jej opowiadań: „Dziewczęta i kobiety”, „Taniec szczęśliwych cieni” i „Zbyt wiele szczęścia”. 
W „Dziewczętach i kobietach” poznajemy losy Del Jordan, bohaterki, która pojawia się w każdym opowiadaniu tego zbioru. Del najpierw mieszka na prowincjonalnej lisiej farmie razem z ojcem i bratem, potem przeprowadza się do matki, postaci nietuzinkowej – konserwatystki w kwestii wychowania córki, roznosicielki encyklopedii i agnostyczki. Obserwujemy dorastanie Del, jej przemianę z dziewczyny w kobietę i seksualne fascynacje, a także naukowe ambicje i poszukiwania odpowiedniego dla siebie Kościoła. Akcja opowiadań osadzona jest w latach 40. XX wieku. Podczas czytania książki towarzyszyło mi wrażenie, że Del to sama Alice Munro, a nie fikcyjna postać.
Wiele opowiadań Munro dotyczy rzeczy, spraw, zdarzeń i osób z pozoru nieistotnych; pisarka, dzięki swojej ponadprzeciętnej zdolności obserwacji ludzkich zachowań, potrafi opisywać to, co zdaje się mało ważne, tak, by nadać temu sens. Forma, jaką wybrała sobie autorka (i której jest wierna) i treść jej tekstów przemyca nam informację dotyczącą jej światopoglądu: ona nie postrzega ludzkich życiorysów jako spójnych i przewidywalnych – według pisarki działania ludzi często nie są logiczne, dodatkowo przypadek plącze losy i dzieli życiorysy na pół czy więcej odrębnych fragmentów, nie pozwala funkcjonować w spokoju. Historie opowiadane przez noblistkę są wiarygodne; autorka przechadza się z lusterkiem po gościńcach Ontario i odbija w nim postacie swoich bohaterek, z empatią pochyla się nad nimi, a następnie wymyśla historie, które mogły przeżyć. Munro pisze swego rodzaju fikcyjne reportaże, zapisuje powszechne doświadczenia kobiet, odbanalizowując je i nadając im znaczenie. Ktoś, kogo nie ominęła nieprzewidywalność losu, będzie odczuwał te historie nie jak wyssane z palca, ale wręcz przeciwnie, jak "wyssane" wprost z życia. Proza Munro funkcjonuje na cienkiej, niezbyt wyraźnej granicy między dwoma literackimi światami: światem literatury, którą można czytać swobodnie i z przyjemnością, takiej, która nie wymaga od czytającego bycia zawodowym krytykiem literackim, a rzeczywistością literatury bardzo ambitnej, wymagającej od czytelnika erudycji. Opowiadania Munro uchylają cienką zasłonę między tym, co widzialne i poznawalne, a tym, co przeczuwalne, tajemnicze i niepokojące w naturze ludzkiej. Nie czujemy spokoju, czytając prozę Munro; autorka pochyla się nad nami i delikatnie wybudza nas ze snu, a gdy otwieramy oczy, widzimy jak jej usta powleka uśmiech, a oko porozumiewawczo mruga.
  

środa, 6 lipca 2016

Wrażenia z lektury. „Jej wszystkie życia” Kate Atkinson

»Stań się, kim jesteś, poznawszy to wprzódy«. Teraz już wiedziała, kim jest. Nazywała się Ursula Beresford Todd i była świadkiem”. 

„Owionął ją zaduch papierosów, powietrze było lepkie i wilgotne. Weszła do kawiarni prosto z ulewy; na futrach niektórych siedzących w środku kobiet wciąż drżały krople deszczu niczym delikatna rosa. Zastępy kelnerów w białych fartuchach sprawnie uwijały się po sali, zaspokajając zachcianki monachijczyków spragnionych kawy, ciasta i ploteczek.” (s. 9) Tak zaczynają się „Jej wszystkie życia” Kate Atkinson. Klimatycznie, prawda? „Jej wszystkie życia” należą do literatury środka, czyli do literatury przystępnej i ambitnej jednocześnie. Tego typu książek – w których ważna jest dobrze opowiedziana historia – brakuje w Polsce; istnieje u nas bowiem, mniej lub bardziej świadome, przekonanie, że jeśli w książce nie znajdziemy jakichś eksperymentów, przede wszystkim językowych, to znaczy, że taka książka jest niewiele warta.
W „Jej wszystkich życiach” razem z Ursulą Todd przeżywamy pierwszą połowę XX wieku. Ursula wspólnie z rodzeństwem dorasta w Lisim Zakątku, doświadcza brutalności świata, gdy zostaje zgwałcona i rosnącego dzień za dniem niepokoju, gdy jej ojciec uczestniczy w I wojnie światowej. Jako już dorosła kobieta sama bierze udział w II wojnie światowej, ale nie walcząc i zabijając, jak czynią to mężczyźni, ale pomagając przy odszukiwaniu rannych, którzy ucierpieli podczas bombardowania. W książce znajdziemy mnóstwo wątków obyczajowych związanych z małżeństwem, pojmowaniem roli kobiet w społeczeństwie, znęcaniem się mężczyzn nad kobietami, gwałtem i niechcianą ciążą. To kolejna powieść z tych, w których na przemian spokojnych i wzburzonych nurtach możemy się zanurzyć, która, na przekór głoszonej kiedyś śmierci powieści, żyje dzięki talentowi współczesnej, brytyjskiej pisarki. Fikcyjny świat stworzony przez Kate Atkinson składa się z intrygujących bohaterów, dobrych, naturalnych dialogów i realistycznych wydarzeń. W tej odbijającej rzeczywistość niczym lustro, nie należącej do fantastyki książce jest jeden element o marzycielskim, baśniowym rodowodzie: mianowicie autorka pozwala głównej bohaterce, Ursuli, narodzić się i umrzeć nie raz, a kilkadziesiąt razy. Pisarka przy tym tak umiejętnie rozplanowała całą fabułę, że nie czujemy znużenia śledzeniem losów Ursuli. Czy któreś z żyć głównej bohaterki przybierze kształt idealny? Oczywiście tego Wam nie zdradzę, by nie psuć nikomu przyjemności z lektury. :)
Pamiętam, że okładka książki początkowo wydała mi się zbyt cukierkowa i infantylna, by kryła się pod nią interesująca, niebanalna historia (tak, wiem, że okładka to „tylko” okładka, ale dla mnie jest ważna). Myślałam też, że język powieści okaże się mało ambitny literacko. Na szczęście myliłam się – podczas czytania pokochałam nie tylko opowieść zafundowaną nam przez brytyjską autorkę, ale także odrzucającą mnie na początku okładkę.
Kate Atkinson za „Jej wszystkie życia” otrzymała dwie nagrody: Costa Book Award i South Bank Sky Arts. W 2015 roku wyszła kontynuacja „Jej wszystkich żyć”, czyli „A God in Ruins”. W „A God in Ruins” głównym bohaterem staje się młodszy brat Ursuli, Ted. Kate Atkinson jest też autorką kryminałów z detektywem Jacksonem Brodiem. Miałam okazję przeczytać jeden z nich: „Kiedy nadejdą dobre wieści”. Zarówno w „Jej wszystkich życiach”, jak i w przeczytanym przeze mnie kryminale mężczyźni nie są przedstawiani w najlepszym świetle. Może ta informacja skusi do zapoznania się z twórczością Kate Atkinson jakieś wściekłe na męski ród kobiety. ;)


środa, 29 czerwca 2016

Lato w mieście. „Nowy Jork. Od Mannahatty do Ground Zero” Magdaleny Rittenhouse




Kilka dni temu pisałam o wakacjach z Andrzejem Stasiukiem i Sandrą Petrignani. Teraz przyszła pora na wakacje z Magdaleną Rittenhouse i jej „Nowym Jorkiem”. 
„Nowy Jork. Od Mannahatty do Ground Zero” to pierwsza książka dziennikarki i tłumaczki Magdaleny Rittenhouse. Autorka opowiada z pasją o monumentalnym symbolu miejskości, chaotycznej różnorodności i nowości, jakim stał się w powszechnej świadomości Nowy Jork.
Po przeczytaniu książki, Nowy Jork jawi się jako miejsce, w którym znajduje się o wiele więcej miejsc wartych odwiedzenia, niż moglibyśmy to sobie wyobrazić. O czym m.in. opowiada dziennikarka? O holenderskich początkach miasta, Strandzie, czyli osiemnastomilowej, niemalże stuletniej księgarni, Nowojorskiej Bibliotece Publicznej, z której zasobów skorzystać może każdy, o Central Parku, który na początku swojego istnienia umożliwiał przebywanie w jednym miejscu ludziom różnych warstw społecznych, pięknym dworcu Grand Central, synagodze w Chinatown i o wielu innych budynkach, miejscach i przedsięwzięciach. Rittenhouse przywołuje historie poszczególnych budowli, nie zapominając o tworzących je ludziach. Ściśle splata opowieść o konkretnym budynku z opowieścią o życiu i charakterze jego twórcy. Dzięki wypełnionej wizerunkami ludzi narracji autorki, uświadomiłam sobie, że często zdarza mi się patrzeć na miejskie kamienice, wieżowce czy mosty bez choćby półminutowej refleksji nad wysiłkiem ich budowniczych i architektów.
Nowy Jork to miasto tak ogromne i różnorodne, że znajdzie się w nim miejsce zarówno dla szklanych architektonicznych cudów i biznesowych burżujów, jak i dla zielonego Central Parku i odwiedzających go świtem obserwatorów tropikalnych ptaków. Wewnątrz zatłoczonej, chaotycznej metropolii dzięki ludzkim staraniom nie zabrakło też przestrzeni dla dzikiego parku zbudowanego na nieużywanych szynach kolejowych. Natomiast jeśli ktoś czuje potrzebę publicznego wyspowiadania się, może przyjść na spotkanie grupy Moth, by opowiedzieć wybraną historię ze swojego życia.
W historii Nowego Jorku znajdziemy też przykłady celowego lub przypadkowego poświęcenia się innym ludziom czy jakiejś idei. Bardzo ważną rolę odegrała swego czasu książka o slumsach Lower East Side Jacoba Riisa. Działalność jej autora stanowiła zalążek, z którego rozwinęła się grupa tak zwanych dzieci Riisa, niosących pomoc najbardziej potrzebującym imigrantom. Natomiast budowa do dziś wzbudzającego zachwyt mostu Brooklińskiego pochłonęła wiele ofiar: setki robotników straciło zdrowie lub nawet życie, inżynier konstrukcji mostu Roebling umarł na tężec po tym jak prom przybijający do brzegów Brooklynu zmiażdżył mu nogę, a jego syn, zastępując go, rozchorował się – bardzo osłabł jego wzrok i słuch, został też częściowo sparaliżowany.
Obszerność zamieszczonej na końcu książki bibliografii pomaga nam sobie uświadomić, jak wiele pracy musiała włożyć Magdalena Rittenhouse w przygotowanie swojej publikacji. Chociaż autorka nie zarzuca nas wszelkimi możliwymi faktami naraz, a jej styl jest swobodny i barwny, to w lekturę trzeba włożyć wysiłek. Dziennikarka twierdzi, że mimo napisania książki, nie udało jej się oswoić Nowego Jorku. Zamknięcie fascynacji tą metropolią na kartach „Nowego Jorku” nie sprawiło, że autorka ujarzmiła nowojorski tygiel – miasto miast i miasto-symbol nadal ma nad nią władzę. My możemy poddawać się jego sile, czytając książkę Rittenhouse po bożemu, czyli od początku do końca lub wybierając rozdziały traktujące o tych fragmentach nowojorskiej rzeczywistości, które akurat mamy ochotę poznać.